Och, ale jestem pod wrażeniem "Nietykalnych".
Koniecznie, koniecznie, koniecznie!
Li.
Sekrecje i niedyskrety
piątek, 20 kwietnia 2012
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Siła banalnej teorii.
Teoria o pobudzająco-twórczej sile zmian raz jeszcze w moim przypadku znalazła wdzięczny obiekt do prowadzenia udanego doświadczenia.
Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło- niezachwiana wiara w te słowa czyni cuda, zaprawdę powiadam Wam. Po drodze do wiary jest kilka stacji- wielka przykrość, rozczarowanie wątłymi koleżeńskimi więzami, stres wiążący ręce i głos, niechęć do ludzi, lęk o przyszłość, aż zza wielkiej góry wyłania się cel- śliczny, ciepły, zaskakująco blisko-ot, na wyciągnięcie ręki, choć wcześniej niezauważany.
Jestem już za zakrętem, przede mną znowu kilka nowych kierunków, wiosna atakuje, bratki na tarasie podnoszą głowy, poniedziałek czas zacząć, miłego dnia!
Li.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Sława poszła w świat!
Siedzi sobie sprzątająca u mnie Zuzia w Norwegii,
gdzie poleciała przed Świętami na kilka dni w odwiedziny do siostry,
4-go kwietnia ogląda polską telewizję i co widzi?
A TO.
Dziś przyjechała do mnie i właśnie mi opowiedziała, jak odjęło jej mowę i zakrztusiła się piwem..
Padłam ze śmiechu, padłam, co za wiarygodny dokument obrazujący imprezę,
o której pisałam TU.
Jaja. Od mniej więcej dziesiątej minuty, sekund osiemnaście.
Oczywiście dalej nie wracam do pisania bloga,
ale tej smakowitości nie mogłam sobie odmówić!
Miłego!
Li.
P.S. Starsza załamana. Matki nie było na imprezie, a i tak wszystko wie.
Nie ma to jak mieć macki, wszędzie, wszędzie :)
P.S. Starsza załamana. Matki nie było na imprezie, a i tak wszystko wie.
Nie ma to jak mieć macki, wszędzie, wszędzie :)
niedziela, 8 kwietnia 2012
Wiadomo, że kocham swoje dzieci nad życie, ale...
... zamknęłam drzwi. Na wszystkie rygle.
Włożyłam gruby, ciepły, absolutnie aseksualny szlafrok.
Włosy związałam gumką recepturką, grzywkę przytrzymuje cienka, biała plastikowa opaska.
Na kanapie leży zachęcająco puszysty pled, pełen moszczących się zgodnie kotów.
Czekam na zagotowanie wody, kubek na herbatę gotowy, pilot też, dzieci wyjechały do babci po mieczu, całą sobą chłonę stan szczęścia dobowej samotności, świętego spokoju, braku jakichkolwiek świątecznych obowiązków, perspektywę spania do jutrzejszego południa, jakim cudownym stanem jest zwyczajne lenistwo bez czającego się za plecami pośpiechu i poczucia winy.
Och, jeszcze nałożę sobie maseczkę na twarz, jak szaleć!
Zieloną, jak wiosenna trawa.
I z tej radości piszę do Was: Wesołego Alleluja!
:)
Li.
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Słowo na poniedziałek.
Cześć Kochani,
dzięki za wszystkie miłe słowa, ale nie zmienią one mojej decyzji- nie wrócę już do pisania bloga,dopóki nie napiszę książki.
Nie jestem w stanie pisać i tu i tam, mam miejsce tylko na jeden kanał z ujściem emocji.
Daję sobie trzy miesiące.
Jak nie napiszę książki w ciągu trzech miesięcy, to będę taką Li-teratką, jak z koziej dupy trąba i wrócę grzecznie do pisania bloga, o ile oczywiście ktoś będzie jeszcze na mnie czekał...
(tu nastąpiło zalotne spojrzenie spod firanki rzęs rosnących jak szalone od odżywki RevitaLash).
Jak nie napiszę książki w ciągu trzech miesięcy, to będę taką Li-teratką, jak z koziej dupy trąba i wrócę grzecznie do pisania bloga, o ile oczywiście ktoś będzie jeszcze na mnie czekał...
(tu nastąpiło zalotne spojrzenie spod firanki rzęs rosnących jak szalone od odżywki RevitaLash).
Całusy, poniedziałek czas zacząć, kawa już pachnie!
Wiadomo, że tęsknię.
Wiadomo, że tęsknię.
Li.
czwartek, 15 marca 2012
Tak jest.
Wiem, że nic nie wiem.
Wokół mnie chaos i ruiny, a we mnie narastający bunt i niechęć do ludzi.
Zamykam się w sobie, otulam pancerzykiem skorpiona i nieliczne życzliwe mi osoby proszę o wyciągnięcie mi z pleców noża wbitego przez bliską koleżankę, w imię biznesu.
Biznes ponad wszystko, pieniądze rządzą światem, ostatnich gryzą psy.
Poradzę sobie i z tym, ale smutno, cholernie smutno.
To co się dzieje w necie, zniechęca mnie skutecznie do jakiejkolwiek tu obecności, nie chce mi się pisać bloga, nie chce mi się odpowiadać na maile, nie chce mi się podtrzymywać kontaktów, nie chce mi się czytać innych blogów, mam serdecznie dość napastliwych postów na mój temat, podrabianego mojego nicka (tak, jak się okazuje, da się to zrobić) i komentarzy idiotek- lilki, rusałki z berlina i tym podobnych dziwnych, acz niezwykle męczących tworów. Nie mówiąc o jakże "przyjemnych" komentarzach wpadających do mojej moderacji, ach, ach, pewnie masz (nie)drogi komentatorze orgazm bez seksu, niech Ci idzie na zdrowie.
Nie muszę tego znosić, wystarczy przecież kliknąć w krzyżyk w prawym, górnym rogu monitora i adieu, arrivederci, praszczaj.
Mam dość moi kochani, mam tak dość, że nie żegnając się, wychodzę.
Trzeba będzie znowu popracować nad dystansem i nad rozwiązaniem mega problemów w tym moim cudownym, bezproblemowym, słodkim życiu.
Kiedyś wrócę, gdy kiedyś zamieni się już:)
A na dziś? Pamiętajcie o ogrodach i o Joannie, Ona jest moim światełkiem na tym świecie, moją nadzieją na to, że warto wierzyć w ludzi, moim wstydem narzekającym na pierdoły, moim sumieniem zapominającym, moją wiarą we wspólne wakacje i najdzielniejszą kobietą jaką znam.
Potrzebuje pieniędzy, przeczytajcie TO, a potem wpłaćcie TU.
Koniecznie z tytułem wpłaty: Joanna Sałyga.
Znaczenie ma każda wpłata, każda!
Liczy się suma, suma da życie.
Koniecznie z tytułem wpłaty: Joanna Sałyga.
Znaczenie ma każda wpłata, każda!
Liczy się suma, suma da życie.
Fundacja Rak'n'Roll. Wygraj życie!
ul.Chełmska 19/21
budynek "Lipsk", lok.409
00-724 Warszawa
tel. 509 801 309
biuro@raknroll.pl
NIP: 9512296994
KRS: 0000338803
Numer konta Fundacji:
73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
Przelewy spoza Polski:
budynek "Lipsk", lok.409
00-724 Warszawa
tel. 509 801 309
biuro@raknroll.pl
NIP: 9512296994
KRS: 0000338803
Numer konta Fundacji:
73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
Przelewy spoza Polski:
IBAN:PL
NR BIC (Swift) BREXPLPWMUL
NR BIC (Swift) BREXPLPWMUL
Trzymajcie się, życie podobno czasem bywa znośne.
Li
sobota, 10 marca 2012
Przy sobocie o robocie.
Że długo nie piszę?
Ech, a czym jest te kilka dni milczenia wobec wieczności?
Ech, a czym jest te kilka dni milczenia wobec wieczności?
Nie piszę, bo wpadłam w poważny konflikt z czasem, muszę rozwiązać go metodami pokojowymi, by uniknąć rozlewu krwi, dodam że głównie mojej krwi. Ale życie idzie dalej razem ze mną, staram się dotrzymać mu szybkiego kroku.
Dziś nareszcie doszłam z nim do soboty, wstałam naprawdę rano i niesiona wiosennym zapałem-sprzątam. Przyszła Zuzia, moja nowa sprzątająco-prasująca pomoc i szalejemy- ona z oknami, a ja z moim zakurzonym, łososiowym szkłem.
Dziś nareszcie doszłam z nim do soboty, wstałam naprawdę rano i niesiona wiosennym zapałem-sprzątam. Przyszła Zuzia, moja nowa sprzątająco-prasująca pomoc i szalejemy- ona z oknami, a ja z moim zakurzonym, łososiowym szkłem.
Dupcia mi się kręci przy Maroon 5, to są pożytki z bycia matką trzynastolatki, inaczej nigdy nie przyszłaby mi do głowy myśl, by kupić ich płytę "Hands all over", nie miałabym pojęcia, że przy ich muzyce szkło myje się samo, a humor oscyluje w górnych granicach normy.
A skąd wzięła się Zuzia? Historia zatoczyła małe kółeczko.
Trzynaście lat temu, gdy byłam w ciąży z Gusią, zaczęłam szukać opiekunki.
Miałam przed sobą przykrą konieczność zdania egzaminu zawodowego, wiedziałam, że sama nie dam sobie rady, a na Nemo jak zwykle liczyć nie będę mogła.
I wtedy pojawiła się Pani Zosia, to było prawdziwe zrządzenie losu.
Uczyłam się po 12-cie godzin dziennie, a ona pomagała mi w opiece nad Gusią od dnia jej narodzin, pokochała ją jak córkę, Guśka szalała z radości na jej widok. Miałam do niej bezwzględne zaufanie, Gusia czasem u niej nocowała, wyjeżdżały razem na wakacje, znałam jej rodzinę.
Uczyłam się po 12-cie godzin dziennie, a ona pomagała mi w opiece nad Gusią od dnia jej narodzin, pokochała ją jak córkę, Guśka szalała z radości na jej widok. Miałam do niej bezwzględne zaufanie, Gusia czasem u niej nocowała, wyjeżdżały razem na wakacje, znałam jej rodzinę.
Zosia miała dwóch synów i męża Beznadzieja. W jednym z synów, zdolnym i inteligentnym pokładała wielkie nadzieje, liceum, studia, ale on wolał inne życie, siedzi gdzieś teraz w więzieniu gdzieś w Polsce. Drugi syn był moim ulubieńcem, zawsze w cieniu tego pierwszego, był dobrym synkiem, a teraz wyrósł na porządnego mężczyznę.
Po czterech latach musiałam z bólem serca zwolnić Zosię z pracy, bo nie wytrzymując problemów z mężem
i starszym synusiem zaczęła pić. Uzależniła się bardzo szybko, nie mogłam już powierzyć jej dziecka.
Zatrudniłam po niej kobietę-konia, jak skończyła się jej kariera w moim domu, to wiecie.
i starszym synusiem zaczęła pić. Uzależniła się bardzo szybko, nie mogłam już powierzyć jej dziecka.
Zatrudniłam po niej kobietę-konia, jak skończyła się jej kariera w moim domu, to wiecie.
Z Zosią od czasu do czasu miałam kontakt, gdy trzeźwiała to przychodziła do mnie i płakała nad swoim życiem. Do końca zakochana w Gusi, dwa lata temu trafiła do szpitala z niewydolnością wątroby i zmarła. Byłam wtedy z dziećmi w Londynie, nie byłam na jej pogrzebie. Beznadziej zaraz znalazł sobie pocieszenie i wspólnie z tym pocieszeniem pije, pogrążając się coraz bardziej, a młodszy syn znalazł fajną dziewczynę, ożenił się, wszedł do jej rodziny i odciął się od toksycznych relacji z ojcem i bratem kryminalistą.
Od czasu do czasu odzywał się do mnie, przyszedł pochwalić się żoną i synkiem, miło było na niego patrzeć. Nie uczył się niestety, finansowo ledwo dyszą, ale obydwoje są bardzo pracowici i mają w sobie zapał do życia.
Od czasu do czasu odzywał się do mnie, przyszedł pochwalić się żoną i synkiem, miło było na niego patrzeć. Nie uczył się niestety, finansowo ledwo dyszą, ale obydwoje są bardzo pracowici i mają w sobie zapał do życia.
Jego żona to właśnie Zuzia, młoda dziewczyna, miła i pogodna, własnie patrzę na nią, jak kończy myć okna w salonie, od czasu do czasu coś tam sobie pogadamy, muzyka wibruje w powietrzu, wiosna włazi przez okno, Zośka patrzy na nas z góry i na pewno jest zadowolona.
Plany na sobotę mam cudowne- kilka godzin relaksującego sprzątania, potem zrobię dobry obiad
i wyfruwam z domu za Kraków do moich przyjaciół, urodził im się Franek, trzeba to uczcić!
i wyfruwam z domu za Kraków do moich przyjaciół, urodził im się Franek, trzeba to uczcić!
Wiosna, wiosna, cudowna wiosna, wypuszczam pąki, za chwilę zacznę kwitnąć, czuję to odrodzenie każdą komórką.
Miłej soboty!
Li.
PS. I zdarzył się cud! Od dziś mam światło w toalecie.
Przyszedł elektryk i po 15-tu miesiącach nastąpił koniec z intymnym, sączącym się przez matowe szklane drzwi światłem z łazienki.
Wreszcie będzie można w spokoju poczytać... :)
PS. I zdarzył się cud! Od dziś mam światło w toalecie.
Przyszedł elektryk i po 15-tu miesiącach nastąpił koniec z intymnym, sączącym się przez matowe szklane drzwi światłem z łazienki.
Wreszcie będzie można w spokoju poczytać... :)
poniedziałek, 5 marca 2012
Notka wpadkowa.
Praca pracą, wyjazd w real, wyjazdem ale nie mogłam odmówić i dzisiejszy wieczór... och... ach... pośmiałam się serdecznie, bardzo angielski film, cudownie rozbrajający.
Osobiście polecam, idealna okazja do niewymuszonego śmiechu.
Och... ach... mhmmmm...:)
Li.
PS. Nie zdążyłam do myjni, więc pogoda póki co- murowana!
Dzień dobry!
Po pozornym spokoju weekendu wpada we mnie robiący dużo szumu gwałtowny poniedziałek.
Krzyczy i rozrabia.
Wyjeżdżam na kilka dni. Niedaleko, bo do siebie.
Mam kilka niecierpliwych i niecierpiących zwłoki spraw pchających się do wyjścia z napisem "załatwione".
Ale wrócę, takie jak ja, zawsze wracają.
I jest taki śliczny dzień, aż chce się wyjść z domu.
Oddaję auto do myjni. Zobaczymy czy klątwa czystego auta nadal działa.
Nie byłam w myjni od sześciu miesięcy, na stacjach ograniczałam się do mycia szyb, a tak uwielbiam ten porażający oczy blask błyszczącego lakieru i zapach czystości w środku.
I uprzejmie proszę o nieuruchamianie wyobraźni, jak wygląda moje auto przed myciem.
Nie wygląda, oj nie wygląda.
Miłego dla Was!
I uprzejmie proszę o nieuruchamianie wyobraźni, jak wygląda moje auto przed myciem.
Nie wygląda, oj nie wygląda.
Miłego dla Was!
Li.
niedziela, 4 marca 2012
Tendencja zwyżkowa dla życzliwych, niestabilność emocjonalna dla całej reszty.
Przyjemnie spędzona sobota ukoiła smutki i dała znowu spokojnie zasnąć wspomnieniom.
Życie przechodząc przez nas musi czasem sięgać w głęboko ukryte sekretne miejsca bólu, przypominając nam o tych, których powoli zapominamy, bo przecież czas robi swoje pokrywając naszą z nimi przeszłość kolejną warstwą nowszych wspomnień.
Idzie wiosna i nawet gdyby przyszło jej do głowy sypnąć śniegiem, to już nic tego nie zmieni, czuję szybciej krążącą krew i ochotę na zmiany, choćby w postaci koloru ścian w salonie i w pokoju Karolci.
Pomaluję je sama, wielką mam na to ochotę, zmęczyć się, pochlapać farbą, a potem wezwać malarza do smug, cha cha... najważniejsze to mieć plan. Kusi mnie ściana na obrazy w kolorze ciemnego szarego fioletu, jakkolwiek to brzmi.
Wieczorem idę na "Dziewczynę z tatuażem", to już ostatnie seansy, nie mogę sobie odpuścić tego filmu po zarwaniu swego czasu trzech nocy na czytanie "Millennium".
Będzie dobrze, bo przecież nie może być inaczej.
Nie może, czary-mary!
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Li.
sobota, 3 marca 2012
Kochana Ilonko!
Jestem pewna, że gdzieś tam patrzysz na mnie od czasu do czasu, w przerwach pomiędzy pozaziemskimi zajęciami. Zwaliły mnie z nóg nasze zdjęcia z wieczoru panieńskiego, ubrana w seksowną koszulkę i sztuczne, plastikowe cycki, śliczna i szczęśliwa, przechodziłaś z uśmiechem przez koszmar rytuałów zaserwowanych przez koleżanki.
Miałaś na sobie nasze buty, to są moje ulubione, wiesz?
Ilon, staram się nie oglądać w wstecz, nie rozpamiętywać, nie rozdrapywać ran, bo przeszłość już skamieniała i nic jej nie zmieni.
I może dlatego tak nie lubię fotografii? Nie robię, nie zbieram, nie gromadzę w plikach czy w albumach, patrzę w przyszłość, bo przeszłość zawsze cechuje smutek utraconych ludzi i życia, a ja nie lubię być smutna.
Nie uciekam jednak od myśli o Tobie, często myślę, z rozczuleniem, z tęsknotą, ale i z pogodzeniem się z losem. Musiałam się pogodzić z Twoim odejściem, musiałam! Nie mogłam zadręczać siebie i innych, nie mogłam gorzknieć, rozumiesz to, prawda?
Czasem stoję przed lustrem i malując oczy gadam do siebie, a tak naprawdę do Ciebie, do Taty, bo Taty też mi brakuje, choć wstyd mi jest z myślą, że nie na co dzień.
Twój mąż układa sobie życie na nowo, to zgodne z prawami ludzkimi i prawami natury, wszak życie jest takie jedno!
Wiesz, tyle wokół dzieje się niedobrego, a ja nie mam tak dużo sił i energii co kiedyś, czasem czuję się bardzo stara, niepotrzebna, taki zbędny element tolerowany do czasu eksploatacyjnego zużycia.
Ale robię sobie kąpiel, maseczkę, masaż i pcham życie do przodu. Turlam się, nie mam teraz dobrej drogi, wpadłam na wertepy, mimo wszystko jednak nie poddaję się losowi, a moje auto z napędem na cztery cierpliwie wytacza się ze wszystkich dołów i wiezie mnie dalej. Jeszcze jadę kochana, jeszcze jadę.
Bo pomimo wszystkich problemów, ciągle zostało we mnie trochę zarozumiałej miłości własnej
i przekonania, że nie urodziłam się po to by być smutną, zmęczoną i nieszczęśliwą.
Bo pomimo wszystkich problemów, ciągle zostało we mnie trochę zarozumiałej miłości własnej
i przekonania, że nie urodziłam się po to by być smutną, zmęczoną i nieszczęśliwą.
Pilnuj mnie moja Kochana, pilnuj mnie! Bo jak nie ty, to kto? Potrzebuję myśli, że ktoś nade mną czuwa.
Przytulam się do myśli o Tobie, ściskam mocno, przesyłam Ci naszą ulubioną Dianę Krall.
M.
piątek, 2 marca 2012
Zwyczajny piątek.
Zakończmy sprawę Lilki. Nie da się jej pomóc via blog, można przerzucać się komentarzami i kpinami, ale nie kopie się leżącego. Mamy miażdżącą przewagę i zerową satysfakcję. Choroba to choroba.
Lilka ma styl nie do podrobienia, po ogromnej ilości maili jakie od niej dostałam, rozpoznam ją w ciemno.
A teraz miota się, prostuje, składa oświadczenia, ech...
...
Lilka ma styl nie do podrobienia, po ogromnej ilości maili jakie od niej dostałam, rozpoznam ją w ciemno.
A teraz miota się, prostuje, składa oświadczenia, ech...
...
Od wczoraj mam nastroje wspomnieniowe, bo mój brat po po trzech i pół latach zdobył się nareszcie na wywołanie zdjęć z wieczoru panieńskiego Ilonki.
Z zabliźnionych ran popłynęła świeża krew i tyle mam dziś do powiedzenia.
Li.
Li.
środa, 29 lutego 2012
Środa-urody-doda, więc puder na twarz i świat jest nasz:)
Nieśmiało puszczam swoje wewnętrzne soki i czuję pobudzenie do życia.
Słońce penetruje zapuszczone kąty tarasu, posprzątam w sobotę, proszę Słońca!
Jak tylko nie wróci śnieg.
Słońce penetruje zapuszczone kąty tarasu, posprzątam w sobotę, proszę Słońca!
Jak tylko nie wróci śnieg.
Po wczorajszym fitnessie boli mnie nawet czubek głowy, ale to ból z gatunku tych przyjemnych, bez konieczności ingerencji organów ścigania.
Szczęśliwa ze mnie kobieta, bo nie tknięta cudzą przemocą, a o siódmej rano obudził mnie telefon kobiety nieszczęśliwej.
Ma na dziś wezwanie do Prokuratury na przesłuchanie co do znęcania się nad nią przez jej oczywiście kochającego inaczej męża.
Szczęśliwa ze mnie kobieta, bo nie tknięta cudzą przemocą, a o siódmej rano obudził mnie telefon kobiety nieszczęśliwej.
Ma na dziś wezwanie do Prokuratury na przesłuchanie co do znęcania się nad nią przez jej oczywiście kochającego inaczej męża.
Śliczna z niej dziewczyna, delikatna, wrażliwa, z nieskazitelną cerą.
Poza siniakami nic jej nie szpeci.
Poza siniakami nic jej nie szpeci.
I po wielu przegadanych z nią godzinach, po przełamaniu jej wstydu i uzyskaniu nareszcie kilku obdukcji (na blisko sto pobić to naprawdę niewiele), ona mi płacze, że może da mu jeszcze jedną szansę. Bo obiecał, że już nigdy jej nie uderzy.
Ha, oczywistym jest, że jak każdy prymitywny znęcacz poczuł strach- oto ofiara zdolna była do złożenia przeciwko niemu zawiadomienia. Trzeba teraz ofiarę omamić, może rzucić jej jakieś kwiaty-ochłapy, niech sprawa przycichnie, a potem pokaże się suce, gdzie jest jej miejsce.
Ha, oczywistym jest, że jak każdy prymitywny znęcacz poczuł strach- oto ofiara zdolna była do złożenia przeciwko niemu zawiadomienia. Trzeba teraz ofiarę omamić, może rzucić jej jakieś kwiaty-ochłapy, niech sprawa przycichnie, a potem pokaże się suce, gdzie jest jej miejsce.
Byłam wyspana, pokojowo nastawiona do życia, słońce przez okno łaskotało mnie w pięty, ech...
Co???
Skutek jest taki, że wyskoczyłam z łóżka, piję kawę, piszę do Was i osobiście zawiozę ją do Prokuratury, bo nie wygra ze mną jej syndrom ofiary i jej ciągły strach przed domowym oprawcą, o nie!
A co na to Lec?
Tyrani więżą człowieka i w jego własnym wnętrzu.
A co na to Lec?
Tyrani więżą człowieka i w jego własnym wnętrzu.
Li.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Wieczór zależy od płyty. Tak wiem, już to kiedyś napisałam.
Przyszedł budzący lęki drań i siedzi vis-a-vis, bezczelnie rozparty z tym swoim drwiącym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust, nie lubię jego krzywego uśmiechu, nigdy nie mogę go złapać, jest dla każdego nikogo.
Pochylam się nad laptopem, by na niego nie patrzeć, razi mnie jego jaskrawość, to kameleon mojej doby,
w dzień jest dręczącym wątpliwościodawaczem, w nocy snubrakowaczem,
a na drugi etat pracuje jako bodyguard i nigdy nie spuszcza ze mnie oczu.
Znowu zabiera mi konstytucyjnie zagwarantowane mi prawo do snu, ale dziś nie będę protestować,
po pełnym pracy i napięcia dniu potrzebuję spokoju i siebie, zniosę jeszcze tylko Możdżera opowiadającego mi swojego Kaczmarka.
po pełnym pracy i napięcia dniu potrzebuję spokoju i siebie, zniosę jeszcze tylko Możdżera opowiadającego mi swojego Kaczmarka.
Kiedyś, a może tylko kilkanaście dni temu (czas przeszłości zaczyna mieć dla mnie coraz mniejsze znaczenie), usłyszałam od przyjaciela pełną pasji opowieść o zbieraniu przez niego płyt winylowych, nagle stały się one przedmiotem jego życiowej filozofii, sposobem na spędzanie wieczorów, towarzysko pożądanym wspólnym ich słuchaniem z tłem z szumów i trzasków.
Bo płyta winylowa zawsze gra do końca, nie lubi podnoszenia igły, pomijania pewnych jej części, wymaga skupienia i uwagi nad jej całością, to taki muzyczny slow food.
Zrozumiałam to, gdy wciśnięciem guzika zmusiłam Możdżera do kolejnej powtórki tematu z "Frank i Roxanne", tak idealnie brzmiącego na CD, wymuskanego, ale narażonego na niebezpieczeństwo moich humorów, na zakłócenie porządku kolejności ułożenia utworów, bo na pewno ma znaczenie piąta pozycja "Neverland" i dziesiąta "Frascati", jeszcze tylko nie odkryłam tej tajemnicy, widocznie ciągle tkwię na poziomie muzycznego fast foodu.
Poszukam tkwiącej przecież wciąż we mnie wrażliwości na muzykę, dającej mi zmysłową przyjemność z jej słuchania, nie jako tła dla innych czynności, a tylko słuchania z zamkniętymi oczami i w świetle świec,
albo w ciemnościach, kiedyś tak wyglądały moje kojące i kołyszące mnie do snu wieczory.
albo w ciemnościach, kiedyś tak wyglądały moje kojące i kołyszące mnie do snu wieczory.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy chcąc zapomnieć o przeszłości,
z tęsknoty za nią ciągle ją sobie przypomina.A co na to Lec?
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
Li.
PS. Kupiłam sobie wczoraj tę płytę. Tnie mi duszę na kawałki. Cudowna masakra.
Przynajmniej mleko mi się dobrze spieniło.
Ale zaokiennie piękny poniedziałek!
To lubię, choć słońce bezlitośnie obnaża pospolicie brudny stan moich szyb.
Kawa, mleko spienione comme il faut, magnez w podwójnej dawce łyknięty, jedno dziecko już w szkole, drugie jeszcze śpi, zacieram ręce, pochucham na szczęście i zaczynam pracowity dzień.
Odganiam sponurzałe myśli, lęki mnie zbyt mocno obejmujące, strachy-wcale-nie-na-lachy, wiarybraki lęgnące się po kątach, snubrakowacze opierające się żądającemu snu rozumowi.
Wzmacniam się magnezem w koalicji z potasem, dokładam im posiłki w postaci tranu, podniesiona w elektrolity, znowu zawalczę z tymi cholernymi problemami, może wyciągnę siły z ostatniego, tajnego konta, egoistycznie odsunę na bok problemy innych, bo gdy ja sama mam problemy, to staję na swojej własnej drodze i jestem swoim największym problemem.
Wzmacniam się magnezem w koalicji z potasem, dokładam im posiłki w postaci tranu, podniesiona w elektrolity, znowu zawalczę z tymi cholernymi problemami, może wyciągnę siły z ostatniego, tajnego konta, egoistycznie odsunę na bok problemy innych, bo gdy ja sama mam problemy, to staję na swojej własnej drodze i jestem swoim największym problemem.
Ostatnio życie wcale nie bywa znośne, ale jest życiem, w związku z powyższym nie mam innego wyjścia niż żyć.
Cóż począć.
Cóż począć.
Li.
piątek, 24 lutego 2012
Wiosna, cieplejszy wieje wiatr!
Uparłam się i odpiszę na wszystkie maile, nawet na te sprzed kilku miesięcy.
Nie kopiuję, do każdego z Was piszę osobno, trwa to i trwa, wrócę tu jak będę wolna od mailowych zaległości, bo lekka od wyrzutów sumienia będę szybować w przestworzach.
A obok przecież życie:
- praca niewdzięczna
-życie towarzysko-rodzinne- moja ulubiona kuzynka Adela, z którą mamy wspólnego pradziadka Bazylego (nasze babcie po kądzieli były siostrami) namawia mnie na szukanie naszych hiszpańskich korzeni (prapradziadek był Hiszpanem, Francisco de Navarra, przywędrował do Polski w XIX wieku) i związku z tym wyciągnęła mnie w środę do Teatru Nowego na koncert flamenco, fantastyczny, niesamowity, z przeszywającym, wręcz pierwotnym śpiewem hiszpańskiej Cyganki, cudowną gitarą i takim tańcem, że wszystkie moje kości klekotały wraz z obcasami tancerek.
I czułam motyle w brzuchu, choć możliwe, że to właśnie przebudziły się moje głęboko uśpione hiszpańskie geny.
I czułam motyle w brzuchu, choć możliwe, że to właśnie przebudziły się moje głęboko uśpione hiszpańskie geny.
Za oknem szarości z gatunku tych najszarszych, podbitych deszczem i ogólnym zniechęceniem.
A jednak, jednak przez smog i zimową aurę przebija się już zapach wiosny, mój czuły nos sprowokowany przez donicę kwitnących hiacyntów wywęszył co trzeba i doniósł gdzie trzeba, czyli do mojego spragnionego ciepła wnętrza.
Z wiosną zawsze przychodzi chęć na odrodzenie i sięganie ad astra.
Jakoś przetrwa się tych kilka marnych tygodni... czyż nie tak?
Li.
niedziela, 19 lutego 2012
Ogłoszenie parafialne.
Dziś nie będzie nowej notki, ponieważ mam plan odpisania na każdego maila (doliczyłam się 84-ch) zalegającego w mojej skrzynce. Dopóki nie odpiszę na wszystkie, notek nie będzie.
Wstyd mi doprawdy, że nie odpisuję od razu, ale zwyczajnie nie mam na to czasu, musicie mi wybaczyć.
Albo, albo.
Dłonie są już przygotowane- najpierw potraktowałam je peelingiem, potem dużą ilością kremu, a do pełni szczęścia dodałam im ulubiony kubek z kawą z mlekiem.
(Wczoraj moja Starsza doniosła mi budzący poczucie bezpieczeństwa zapas kapsułek do ekspresu. Dobrze wie, że bez kawy szaleję, wyszkoliło się dziecko w samoobronie, hehe...)
W domu mam porządek, koty są po śniadaniu, pies po wczorajszym wyczerpującym spacerze jeszcze nie wstał, za oknem szara niedziela, taka w sam raz, by wyjść gdzieś do miasta na obiad.
Ale to za kilka godzin, teraz otwieram skrzynkę i do liczby 84 dodaję jeszcze 5, naprawdę lubię dostawać listy, ale tę radość skutecznie zabija mi poczucie winy nieodpisywania, ech...
A co na to Lec?
Ludziom przydałby się czasem "dzień wolny od życia".
Li.
piątek, 17 lutego 2012
Przestępcy są wśród nas.
Wczorajszy dzień ma swoje bolesne skutki dla mojej suki-przestępcy.
Działając wspólnie i w porozumieniu z Bobciem, namówiła niewinnego, białego kotka do zrzucenia z blatu w kuchni na podłogę pudełka z pączkami, sztuk sześć. Rano zastałam puste pudełko na podłodze, stękającą na kanapie, okrągłą jak globus sukę i ostatniego, lekko nadgryzionego pączka. Biedna, nie dała już rady.
Ale dała radę wydobyć z siebie protestacyjny warkot, gdy wyciągnęłam jej tego pączka spod pyska.
(Warkot jednak stracił na wymowie, wobec jej całkowitego bezruchu).
Leży tak już kilka godzi i trawi.
Ma udręczone spojrzenie, a ja myślę o tym, że jak do wieczora nie spojrzy inaczej, to wizyta u weterynarza murowana. Może płukanie żołądka?
Ma udręczone spojrzenie, a ja myślę o tym, że jak do wieczora nie spojrzy inaczej, to wizyta u weterynarza murowana. Może płukanie żołądka?
To kolejny raz, gdy ta hultajska spółka dochodzi do porozumienia w kwestii rozwiązania problemu pysznych rzeczy leżących na blacie, a do których pies sam nie daje rady sięgnąć. Dość wspomnieć pewne kotlety... i niech sobie niedowiarki mówią co chcą, ONE naprawdę porozumiewają się poza naszymi plecami.
Boli mnie głowa. Z nieuzasadnionego powodu.
Dobrze, że zaczyna się weekend.
Dobrze, że zaczyna się weekend.
Mam co do niego poważne plany- po pierwsze zrzucić śnieg z tarasu, mam tam już potężne zaspy, po drugie... nie, nie chcecie wiedzieć :)
Dziś Dzień Kota. Nie żebym go specjalnie świętowała, moje koty codziennie mają Dzień Kota.
Ale oglądnijcie sobie TO. Cudne!
Dziś Dzień Kota. Nie żebym go specjalnie świętowała, moje koty codziennie mają Dzień Kota.
Ale oglądnijcie sobie TO. Cudne!
Li.
czwartek, 16 lutego 2012
I pączki można przedawkować.
Dziś pobiłam swój życiowy rekord pisania.
Dwa potężne pisma z komentarzami na blogu dla zabawy w tle, wyczerpały mnie do cna.
Przez kilka godzin nie zmieniłam pozycji, kręgosłup obraził się na mnie na amen, a już co najmniej na dzisiejszy wieczór.Boli.
Napełniam swoje wnętrze ciepłą, zieloną jaśminową i idę sobie daleko stąd, na kanapę.
Wyciągnę się wygodnie i będę szczęśliwa. Taki jest plan!
Miłego wieczoru,
Li.
Pączkowy leń.
andziaos napisała: Lepiej dzisiaj wcinać pączki, niż robotą brudzić rączki.
Kto za?
:)
Li.
Kto za?
:)
Li.
środa, 15 lutego 2012
O niczym, a to życie właśnie.
Plan był taki: wstaję rano, od razu jestem wprost przepiękna, patrzę w krystalicznie czyste okno, czuję jak napływa do mnie niesamowite szczęście, robię sobie najlepszą kawę, mleko jak zwykle pięknie mi się spienia, jestem niezwykle zadowolona, prześlicznie uśmiechnięta, wszak życie jest piękne.
A co na to Lec?
Twórzcie o sobie mity, bogowie nie zaczynali inaczej.
Jest tak: wstałam rano bez wrzasku budzika i to była, jak na razie, jedyna przyjemność tego dnia.
Nie spiesząc się, wyraźnie niestety mając na względzie dotkliwie odczuwalne skutki wczorajszego machania nogami, leniwie podeszłam do dawno nie mytego okna, odsłoniłam zasłony i zobaczyłam obfite opady śniegu.
Rzut oka na zaparkowany samochód nie dał mi cienia złudzenia- muszę wyjść z domu przynajmniej 15-cie minut wcześniej i odśnieżyć pojazd rachityczną miotełką (ciągle zapominam o konieczności jej wymiany).
Odśnieżania nienawidzę szczerze, zawsze jestem obsypana śniegiem, przemoczona i zmarznięta (uwaga, zaczyna się irytacja, a kysz, kysz).
Mogła ukoić mnie tylko kawa z pięknie spienionym mlekiem, ale stanął temu na przeszkodzie prozaiczny brak kapsułek do ekspresu. Paniusia zapomniała sobie kupić. Tak jak nowej miotełki. Nie cierpię pamiętać o takich sprawach, nie cierpię!
Mogła ukoić mnie tylko kawa z pięknie spienionym mlekiem, ale stanął temu na przeszkodzie prozaiczny brak kapsułek do ekspresu. Paniusia zapomniała sobie kupić. Tak jak nowej miotełki. Nie cierpię pamiętać o takich sprawach, nie cierpię!
A co na to Lec?
Życie zabiera ludziom zbyt wiele czasu.
Ale przecież ma się ten plan!
Tylko- muszę -o -nim- pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać...
Tylko- muszę -o -nim- pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać...
Li.
wtorek, 14 lutego 2012
Wino, kobieta i kot.
Życie czasami bywa znośne, że zacytuję Szymborską, bo jakoś chyłkiem i chyżo opuściły mnie złe wciórności, a po udręczonych trudem codziennej egzystencji członkach ciała rozlał się błogi spokój.
Zakwasy przyjdą jutro. Wieczorem solidnie poćwiczyłam i endorfiny zaczęły działać.
W związku z powyższym zmienił mi się punkt widzenia z dennego porannego na pogodny wieczorny.
Oczywiście i niewątpliwie tłumnie tu bywający nieżyczliwi, którzy z uporem godnym lepszej sprawy uważnie studiują moje słowa, złożą moje na-stroje na karb niestabilności emocjonalnej i takich tam innych.
Ale czy w tym momencie ich zdanie ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie?
Mam dobre czerwone wino, wyszłam spod prysznica, przytulność domowa ogarnęła mnie swoim urokiem, Bobcio leży obok mnie i ma minę szczęśliwego kota.
A co na to Lec?
Nie każdemu z życiem do twarzy.
A co na to Lec?
Nie każdemu z życiem do twarzy.
Ja też mam minę szczęśliwego kota, bo to mina godna naśladowania.
Pomruczę sobie wieczorową porą, poczytam, popiszę, porozmyślam, położę, przytulę do poduszki, pomarzę przedsennie, a jutro już będzie środa.
Wstanę rano, spojrzę za okno, zrobię sobie kawę i będę mieć dobry dzień.
Bardzo, bardzo dobry dzień!
Tak postanowiłam i tego będę się trzymać, przecież nie złamię obietnicy zadowolenia z życia danej samej sobie!
Bardzo, bardzo dobry dzień!
Tak postanowiłam i tego będę się trzymać, przecież nie złamię obietnicy zadowolenia z życia danej samej sobie!
Najważniejsze to mieć plan!
A co na to Lec?
Dmuchając na zimne, można ostudzić własne zapały.
Daję sobie prawo do chwili słabości, bo jestem człowiekiem.
Spadam w dół, poleżę tam chwilę i znowu pnę się do góry.
A co na to Lec?
Dmuchając na zimne, można ostudzić własne zapały.
Daję sobie prawo do chwili słabości, bo jestem człowiekiem.
Spadam w dół, poleżę tam chwilę i znowu pnę się do góry.
A co na to Lec?
Nie marnujcie energii zrodzonej ze staczania się.
No!
Li.
No!
Li.
Po jedenaste: Kochaj siebie samego! Bo jak nie Ty, to kto?
Lubię Walentynki z ich słiti kiczem czerwonych serduszek i stadem mężczyzn spieszących z tulipanem w celofanie.
O miłości trzeba pamiętać na co dzień, ale nie zaszkodzi natrętna komercja i konieczność szczególnego podkreślenia jej znaczenia choć raz w roku.
Podkreślam więc i ja, obdarowując moje córki serduszkowymi ciasteczkami w pakiecie z całusem.
Muszę jeszcze tylko znaleźć coś dla podkreślenia miłości do samej siebie, ostatnio trochę ta miłość przywiędła, poszarzała, zapomniała o własnych miłych gestach, ego-rytuałach, (samo)przyjemnościach, zadbaniach i pieszczotach.
Muszę jeszcze tylko znaleźć coś dla podkreślenia miłości do samej siebie, ostatnio trochę ta miłość przywiędła, poszarzała, zapomniała o własnych miłych gestach, ego-rytuałach, (samo)przyjemnościach, zadbaniach i pieszczotach.
Codzienność absorbuje i wsyssssa jak czarna dziura, pozostawia tylko pole do walki o przetrwanie każdego dnia. Co się ze mną dzieje? Nie robię już nawet ulubionych długofalowych planów, nie wybiegam daleko w przyszłość, bo zaczynam mieć zadyszkę po spojrzeniu na miesiąc w przód.
Co się zmieniło, że aż tak nie umiem daleko patrzeć?
Okulary? Przecież mam tylko połówki, i to w ciągle niezrealizowanej recepcie.
Brak kondycji? Może, przecież kiedyś w wyobraźni i bez zmęczenia obiegałam świat!
Czas i jego beznamiętne tykanie? Ech, ale przecież w środku jestem ciągle taka sama i chce mi się mówić "spoko, spoko" i chce mi się tańczyć.
A może to zaczyna się powolny, nieustępliwy proces opadania złudzeń, że w życiu czeka mnie jeszcze coś kolorowego, szalonego, ciekawego i twórczego?
Może to już tak będzie, że zajęta rozlicznymi, napływającymi jak tsunami problemami utopiłam w pierwszym uderzeniu fali swoje marzenia i swoją miłość, a teraz tylko walczę o przetrwanie na dryfującej tratwie bez widoku na ląd.
Takie szaro-bure są te moje ostatnie miesiące, ale widocznie tak musi być po szalonych, kolorowych latach.
Nie zmieni się praw przyrody, przecież czasem słońce, czasem deszcz.
Li.
niedziela, 12 lutego 2012
Koniec tygodnia.
Niedziele wieczorem nie mają już w sobie uroku wolnego dnia, bo dotknięte pośpiechem poniedziałku zmuszają do zaglądnięcia do kalendarza i podjęcia bezskutecznej walki z ogarniającym zniechęceniem.
Potrzebuję odpoczynku i innego nieba, potrzebuję!
Wydarłam losowi wolny tydzień, licząc na wyjazd z Krakowa, a tu moja Młodsza wierna długoletniej tradycji nie przerwała jej i w tym roku- zaczęły się ferie, zaczęła się choroba.
Najpierw jej, a teraz i moja.
No to leżymy.
I nie mamy ochoty na nic, tylko na rozczulanie się nad sobą, na picie herbatki z imbirem, na otulenie, na ciepło, na łogólną niescęśliwość i pochlipanie sobie.
Katar jest, bolące gardło jest, kaszel jest, ogólne rozbicie jest, poczucie samotności jest, to zestaw murowanego złego samopoczucia, nikt i nic mi nie pomoże, bo ja od czasu do czasu muszę być nieszczęśliwa, smutna, opuszczona i rozczulająca się nad sobą.
Bo jak nie ja nad sobą, to kto nade mną?
Tylko niepokoi mnie to, że coraz częściej wpędzam się w stan (samo)rozczulania, muszę znaleźć na niego antidotum zanim w nim utknę i zgorzknieję jak źle przyrządzona cykoria.
Li.
sobota, 11 lutego 2012
Wspomnienia!
Mam w domu do niedzieli gościa, więc wpadłam w real, bo gościnność -święta rzecz.
Ale dziś na Motoryzacyjnej Interii znalazłam prawdziwą perełkę, przywołaną staroć, wzruszyłam się na wspomnienie mojej chwilowej fascynacji pewnym starszym panem, czego wynikiem były pisane dla niego teksty.
No co, no co? W różny sposób można okazywać uczucia, prawda?
Ja to robiłam pisząc takie oto bzdury, naprawdę pośmiałam się serdecznie, ależ to były czasy!
Do jutra!
Li.
PS. Polecam szczególnie lekturę komentarzy!
PS. Polecam szczególnie lekturę komentarzy!
środa, 8 lutego 2012
Sprawy organizacyjne.
Nie ma co nakręcać spirali złości, łatwo można stracić kontrolę nad swoimi słowami.
Ustalmy, że to już koniec! Basta!
Słowo troll znika z tego bloga i komentarzy, zmiażdżymy ich naszym pełnym pogardy milczeniem.
Nie będę wdawać się pyskówki z tą hołotą, bo po pierwsze- i tak jestem lepsza, więc nie mam satysfakcji ze zwycięstwa, a po drugie- tyle życia czeka na opisanie!
Moja wściekłość znalazła wczoraj szerokie ujście i teraz mogę całkiem spokojnie wypijać drugą kawę.
Tych, którzy są daleko od szamba internetu muszę przeprosić za poziom i wulgaryzmy-adekwatnie co prawda użyte do sytuacji, niemniej jednak niskich lotów.
Tych, którzy wiedzą i kroczą ze mną ramię w ramię, mocno ściskam, dziękując za wsparcie.
Wszystkich, którzy stoją po jasnej stronie życia i trzymają za Joannę proszę o wysyłanie dobrych myśli w Jej kierunku. Nie piszcie jednak do mnie maili w Jej sprawie, za Jej plecami nie będę udzielać żadnych informacji, aczkolwiek rozumiem Wasz niepokój.
Będzie chciała, to sama napisze co jej w duszy i ciele gra.
Będzie chciała, to sama napisze co jej w duszy i ciele gra.
A teraz sprawa organizacyjna, aczkolwiek przykra.
Pamiętacie Sylwię? Do dziś kilka osób regularnie jej pomaga.
A życie znowu dało jej w kość- ledwo wróciła z małym Sebastianem po jego operacji do domu (pisałam, że dziecko ma po sześć palców na każdej kończynie?), to ośmioletni Krystian wracając ze szkoły wpadł pod auto i leży połamany i zagipsowany. Nieszczęścia u niej chodzą czwórkami.
A do tego wczoraj przyszedł komornik za niespłacone kredyty zaciągnięte przez jej niecnego męża.
Zajął jej konto oraz alimenty jakie przyszły z Funduszu. Zanim odkręcimy sytuację minie trochę czasu.
A najgorsze jest to, komornik znalazł ją przez mojego bloga- wrzucił w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko, a tu adres wynajętego mieszkania podany jak na tacy. Zainteresował go tylko adres, wszystkie inne informacje co do jej ciężkiej sytuacji pominął. Ot, komornik. Bezduszna i cyniczna istota, zapytał czy odprowadziła podatek od darowizny. Dodajmy więc, że podatkowo niedouczona istota.
W każdym razie- gdyby ktokolwiek chciał Sylwii pomóc, to kontaktujcie się ze mną na maila. Znajdziemy sposób na przekazanie jej pieniędzy, szanowny Panie.
Dziś środa- a środa-urody doda!
Li.
wtorek, 7 lutego 2012
I niech się stanie!
Kapryśnie wydymam swe śliczne usta i nie wiem, czy mam ochotę na pisanie notki lekkiej, dowcipnej i błyskotliwej, jak to mam w zwyczaju, wszak piszę niezrównanie i mam o sobie słusznie, wysokie mniemanie.
A może jednak walnę czymś ciężkim?
Tak by na miazgę rozgniotło puste łby anonimów lżących, wyzywających, ohydnie życzących, doprowadzających bliskie mi osoby do stanu bliskiego rozpaczy.
Człowiek człowiekowi gotuje taki los, to jest wprost niepojęte. Ile trzeba nosić w sobie nienawiści, zła i jadu, by aż tak nienawidzić świata, by nieznanym sobie ludziom pisać tak straszne słowa.
Oj, zaprawdę powiadam wam- mogę przestać pisać bloga, mogę przenieść się gdzie indziej, wirtualnie się ukryć, nie ma to dla mnie większego znaczenia, ale moja klątwa, którą teraz na was rzucam, wszędzie was dosięgnie, czary-mary, obyście nigdy nie zaznali w życiu szczęścia i obyście zaznali w nim bólu i cierpienia.
Tak, rzucam na was klątwę- nie za moje przykrości, bo mnie nie dotykacie swoim chamstwem i nienawiścią, ale za Joannę-niech was trafi szlag, ale nie za szybko, powolne męczarnie są wam przeznaczone.
Li.
Nie da się oszukać wtorku.
Zaprawdę powiadam Wam, wtorek-potworek już szczerzy kły, żądne zatopienia w mojej smacznej szyi.
A ja pozornie spokojnie wypijam drugą kawę i modyfikuję plan dnia,
by zneutralizować przykrości choć jedną małą przyjemnością.
Czas witać dzień powstaniem (Lec), wstaję i ruszam.
Póki co- zrobić makijaż.
I już mi się nic nie chce.
Dziś będę mieć nieszczęśliwy dzień.
Czuję to w kościach.
Dziś będę mieć nieszczęśliwy dzień.
Czuję to w kościach.
Li.
PS. W trosce o dobre obyczaje muszę moderować komentarze.
Ilość wyzwisk jest doprawdy rozczulająca.
Że też ja zawsze muszę budzić zainteresowanie idiotów, co za pech!
W każdym razie, jak nie ukazuje Wam się komentarz od razu, to nie piszcie go drugi raz i trzeci i nawet czwarty:) On sobie jest i czeka w kolejce do moderacji.
Przepuszczam wszystkie komentarze, poza wulgarnymi.
Moderuję z reguły z telefonu, trwa to chwilę, ale cierpliwi zawsze będą nagrodzeni.
PS. W trosce o dobre obyczaje muszę moderować komentarze.
Ilość wyzwisk jest doprawdy rozczulająca.
Że też ja zawsze muszę budzić zainteresowanie idiotów, co za pech!
W każdym razie, jak nie ukazuje Wam się komentarz od razu, to nie piszcie go drugi raz i trzeci i nawet czwarty:) On sobie jest i czeka w kolejce do moderacji.
Przepuszczam wszystkie komentarze, poza wulgarnymi.
Moderuję z reguły z telefonu, trwa to chwilę, ale cierpliwi zawsze będą nagrodzeni.
poniedziałek, 6 lutego 2012
W domu jest ciepło i mam nową komodę.
Po czterech dniach odwyku od kawy, na widok sklepu Tchibo zatrzęsły mi się ręce i duuuży zapas kapsułek do ekspresu wpadł do pojemnika, nasycając mnie błogim poczuciem bezpieczeństwa.
Próbowałam żyć bez kawy, naprawdę próbowałam.
Piłam dobrą herbatę, ulubioną wodę, ohydną colę light, ale nic nie zastąpi mi smaku kawy, tego mojego eliksiru na całe tego świata zło.
Tylko z kubkiem kawy z mlekiem mogę robić nic, po prostu siedzieć i pić, albo stać w oknie i patrzeć przed siebie, albo pisać co mi w duszy gra.
Tylko z kubkiem kawy z mlekiem mogę robić nic, po prostu siedzieć i pić, albo stać w oknie i patrzeć przed siebie, albo pisać co mi w duszy gra.
I teraz właśnie oblizuję usta z piany cudownie spienionego mleka, wdycham zapach, oddaję się przyjemności, nareszcie wolna od walki z uzależnieniem... Nie wybieram się jeszcze spać, nie jestem zmęczona, po nocnych przygodach z akcją gaśniczą w tle zasnęłam nad ranem i spałam jak kamień do dziesiątej, bogu dzięki za dzisiejsze puste rubryki w kalendarzu do południa!
Słucham jednym uchem ostatniej płyty Coldplay, cieszę się na ich wrześniowy koncert, choć trudno mi wyobrazić sobie siebie podrygującą z nastolatkami na płycie Stadionu Narodowego, hmmm... jakoś się znieczulę i dam radę, cha cha... organizuję sobie energetyczny wieczór, potrzebuję energii na jutro, dużo energii, na wtorek-potworek zawsze warto mieć zapasy, ten dzień potrafi wyssać z człowieka całą chęć do życia.
I dobry wieczór Wam wszystkim, może pogadamy?
Wprowadzam zakaz rozmów o polityce, sprawie Magdy, przepisach wszelakich.... to może o seksie?
Albo o najlepszym leku na reumatyzm, w kościach coś mnie łamie.
Ach, i kupiłam prześliczną komódkę, srebrną, prawdziwy klejnocik, jeszcze nie wiem gdzie ją postawię, wszystkie ściany się o nią biją!
Albo o najlepszym leku na reumatyzm, w kościach coś mnie łamie.
Ach, i kupiłam prześliczną komódkę, srebrną, prawdziwy klejnocik, jeszcze nie wiem gdzie ją postawię, wszystkie ściany się o nią biją!
: )
Li.
Jaki poniedziałek, taki cały tydzień?
Miałam mieć spokojną niedzielę, a musiałam toczyć wirtualne boje i to z wiatrakami.
Zmęczyło mnie to, nie powiem. Wojny niosą za sobą krew, pot i łzy. Oraz pożary i zgliszcza.
Na szczęście w moim łóżku poduszka i kołdra nic nie wiedzą o internecie, otuliły mnie troskliwie, zapadłam w sen i .... "Mama, obudź się, obudź!".
W domu, w pokoju Młodszej wybuchł rzeczony pożar o zasięgu lokalnym, a wręcz lokalowym i w zarodku zduszony, ale strach pomyśleć, co by było, gdyby Starsza nie zauważyła płonącego ręcznika. A ręcznik zapłonął, bo nie miał innego wyjścia- rzucony niedbale przez Karolcię na zapaloną stojącą lampę, obsunął się na żarówkę i... wiadomo!
Jest po trzeciej w nocy, dom śmierdzi ledwo unikniętym niebezpieczeństwem, spalonym materiałem frotte z ewidentną domieszką poliestru i nadpalonym plastikiem, ja koję nerwy zieloną herbatą i wiem, że już na pewno nie zasnę, Starsza winna tej całej historii uważa się za bohatera, bo przecież rzuciła płonący ręcznik pod prysznic, pomijając, że przedtem rzuciła go na lampę. A zapachu nie czuła, bo ma katar.
Tja... i pomyśleć, że los mógł minimalnie zmienić scenariusz- Starsza mogła wyjść z pokoju, zostawiając tam śpiącą Gusię, od ręcznika zajęłaby się lampa, pościel, dywan, zasłony, ja spałam...
A kysz, kysz!!!
Pootwierałam okna, mroźne powietrze wpada bezkarnie, dzwonię zębami z zimna i ze strachu, wpół do czwartej, zaczął się mój poniedziałek.
Li.
niedziela, 5 lutego 2012
Porozmawiajmy o blogu.
Czym według Was jest blog? Codzienne na nim pisanie?
Czy mam prawo pisania o wszystkim co mi w duszy gra, czy też muszę liczyć się z "poglądami innych ludzi, mających inną wrażliwość" (cytat z rozmowy na gg z pewnym moim czytelnikiem).
Czy moja wczorajsza notka, a zwłaszcza użycie w niej słowa "przepis" w kontekście publikowania moich wcześniejszych przepisów kulinarnych była wstrętna?
AnonimowyFeb 4, 2012 04:43 PM
Li, to co napisałaś w notce, jest po prostu wstrętne!
jestem zszokowana
także komentarzami pod notką, które przemilczają jej drastyczność
brzmią przez to jak beznamiętny rzeczowy rzeźnicki dialog nad kolejną porcją mięsa w ubojni
a jeszcze to słowo "przepis"
tyle tu się twoich indywidualnych kulinarnych przewinęło
a teraz wybacz, jakaś makabra, jak jakaś oświęcimska instrukcja
trzeba było jeszcze podtytuł dać: gotuj z Li, zapraszamy!
jest mi wręcz niedobrze
kompletnie się tego po tobie nie spodziewałam
Lekko mnie zszokował ten komentarz, jestem zdziwiona, nie przypuszczałam, że ktoś kto mnie czyta, może aż tak mnie nie czytać.
Ciekawa jestem Waszego zdania, ale proszę- niech to będzie rzeczowa dyskusja, bez osobistych wycieczek w stronę komentatorów. Do czego jako pisząca bloga mam prawo?
Czy blog to ogólnodostępna gazeta? Anonimowe forum? Miejsce do prezentowania wszelkich opinii?
Czyż czytanie mojego bloga to pokuta za grzechy? A może prowadzący do zbawienia ponury obowiązek?
Li.
Ciekawa jestem Waszego zdania, ale proszę- niech to będzie rzeczowa dyskusja, bez osobistych wycieczek w stronę komentatorów. Do czego jako pisząca bloga mam prawo?
Czy blog to ogólnodostępna gazeta? Anonimowe forum? Miejsce do prezentowania wszelkich opinii?
Czyż czytanie mojego bloga to pokuta za grzechy? A może prowadzący do zbawienia ponury obowiązek?
Li.
sobota, 4 lutego 2012
Człowiek to nie zawsze człowiek.
Dzieci wstały w samo południe, zeszły na dół, w piżamach, rozczochrane, wyspane, w dobrych humorach, patrzę na nie rozkochanym wzrokiem, a z tv sączą się wiadomości na temat małej Magdy znalezionej pod śniegiem, liśćmi i gruzem.
Człowiek to nie zawsze człowiek:
( a przepis na małą Magdę w ruderze jest taki):
Rodzi się sobie dziecko.
( a przepis na małą Magdę w ruderze jest taki):
Rodzi się sobie dziecko.
Kocha się je, albo nie kocha.
Przeszkadza, albo nie przeszkadza.
Przeszkadza, albo nie przeszkadza.
Wrzeszczy się na nie, albo nie.
Ściska się małe ciałko ze złości, albo nie ściska.
Ściska się małe ciałko ze złości, albo nie ściska.
Bierze się je na ręce, albo nie bierze.
Wypada z tych rąk, albo nie wypada.
Uderza główką o próg, albo nie.
Wypada z tych rąk, albo nie wypada.
Uderza główką o próg, albo nie.
Wzywa się pomoc, albo się nie wzywa.
Wychodzi się z domu z dzieckiem żywym, albo nieżywym.
Jeszcze ciepłe, małe ciałko, żywe, albo nieżywe,
kładzie się na zmarzniętej ziemi w rozwalonej ruderze,
zasypuje liśćmi, gruzem i śniegiem.
kładzie się na zmarzniętej ziemi w rozwalonej ruderze,
zasypuje liśćmi, gruzem i śniegiem.
I to jest jedyny "ludzki" odruch w tej całej historii, przynajmniej do małego ciałka nie dobrały się lisy.
Li.
piątek, 3 lutego 2012
Kocham się, kochanie moje!
Media szaleją i bez przerwy nadają o zupełnie zaskakującym o tej porze roku mrozie, o odejściu Szymborskiej, o przywiązanym do altanki na działce na wpół zamarzniętym psie, o (nie)znalezieniu zwłok małej Magdy z Sosnowca, wyłączam tv i przestaję czytać wiadomości by nie zwariować od nadmiaru kipiących złem i podlanych sensacją emocji.
Marzy mi się zupełne odcięcie od świata, choć na kilka dni.
Ech, a gdyby tak wyłączyć telefon, wejść do łóżka, czytać książki i pobyć ze sobą, bo ostatnio to siebie prawie dla siebie nie mam i zwyczajnie za sobą tęsknię!
Nadszedł więc czas na podjęcie czynności (samo)ratunkowych, zaszalałam i kupiłam pakiet masaży wszelakich, potrzebuję cudzego, niezobowiązującego przyjemnego dotyku, przyćmionego światła, relaksu i godziny tylko dla siebie.
Zaczynam w przyszłym tygodniu i już się cieszę, nie ma to jak czysty, zdrowy egoizm i zrobienie czegoś miłego dla kochanej przez siebie osoby, wszak miłość to przecież dawanie.
A miłość do siebie samej to dawanie i branie, tu nic nie ginie i nikt nie jest pokrzywdzony.
Masaży będzie czterdzieści i cztery ich różne rodzaje, do wiosny dam radę!
Li.
Nadszedł więc czas na podjęcie czynności (samo)ratunkowych, zaszalałam i kupiłam pakiet masaży wszelakich, potrzebuję cudzego, niezobowiązującego przyjemnego dotyku, przyćmionego światła, relaksu i godziny tylko dla siebie.
Zaczynam w przyszłym tygodniu i już się cieszę, nie ma to jak czysty, zdrowy egoizm i zrobienie czegoś miłego dla kochanej przez siebie osoby, wszak miłość to przecież dawanie.
A miłość do siebie samej to dawanie i branie, tu nic nie ginie i nikt nie jest pokrzywdzony.
Masaży będzie czterdzieści i cztery ich różne rodzaje, do wiosny dam radę!
Li.
czwartek, 2 lutego 2012
Tego się nie robi kotu.
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
Ten wiersz rozwala mnie za każdym razem. Na kawałeczki.
Niech spoczywa w spokoju. Pójdę na pogrzeb.
Li.
PS. A ten mnie śmieszy, jest najlepszym obrazem pogrzebu, jaki czytałam!
POGRZEB
„tak nagle, kto by się tego spodziewał”
„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”
„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”
„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej” „było, minęło”
„do widzenia pani”
„może by gdzieś na piwo”
„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
Ten wiersz rozwala mnie za każdym razem. Na kawałeczki.
Niech spoczywa w spokoju. Pójdę na pogrzeb.
Li.
PS. A ten mnie śmieszy, jest najlepszym obrazem pogrzebu, jaki czytałam!
POGRZEB
„tak nagle, kto by się tego spodziewał”
„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”
„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”
„z tą brodą to bym pana nigdy nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej” „było, minęło”
„do widzenia pani”
„może by gdzieś na piwo”
„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Zimno.pl
Zimno! Nie lubię takiego mrozu bijącego w twarz lodowatym wiatrem.
Zakutana po oczy przemykam szybko do auta, włączam ogrzewanie i podgrzewam siedzenie, wysiadam z tyłkiem gorącym, ale szybko stygnie, oj szybko.
Zimno! A żyć przecież trzeba.
Jutro 72-gie urodziny mojego Taty, nie ma go od kwietnia, ale ma urodziny, przecież śmierć nie przekreśla urodzin, dodaje tylko kolejną datę do celebracji i ponurą okazję do przyniesienia kwiatów.
A tu zimno!
Przyniosę choinę z czerwonymi, sztucznymi różami i niech mi Dżordż tę sztuczność wybaczy, z wiosną przyjdzie kwiatowa rehabilitacja. Ogrzeję zniczami zimną płytę, może poczuje moje ciepłe myśli, bo na co dzień o Nim nie myślę, a wydawało się, że z Jego odejściem zawalił się świat.
Przyniosę choinę z czerwonymi, sztucznymi różami i niech mi Dżordż tę sztuczność wybaczy, z wiosną przyjdzie kwiatowa rehabilitacja. Ogrzeję zniczami zimną płytę, może poczuje moje ciepłe myśli, bo na co dzień o Nim nie myślę, a wydawało się, że z Jego odejściem zawalił się świat.
Zimno, zimno mi.
Li.
O słońcu, o kurzu, a może o życiu?
Zaświeciło słońce i forsując brudne okna zalewa dom ciepłym światłem.
Kurz wiruje w powietrzu, ewidentnie kpiąc sobie z moich odkurzaczowych wysiłków.
Jest mi ciepło i przytulnie, na stole paruje kubek z kolejną kawą,
a koty pozwijane w kłębki śpią w zasięgu wzroku.
Milczę, nie zawsze muszę mieć coś do powiedzenia, są dni, gdy słowa nic nie znaczą.
Li.
a koty pozwijane w kłębki śpią w zasięgu wzroku.
Milczę, nie zawsze muszę mieć coś do powiedzenia, są dni, gdy słowa nic nie znaczą.
Li.
niedziela, 29 stycznia 2012
Bez tytułu, mogę sobie na to pozwolić, prawda?
Do mojej Młodszej na weekend przyleciała córka D.-Zosia.
D. wysyłając Zośkę samolotem z Warszawy, chciała uniknąć niebezpieczeństw czyhających na nią w pociągu, nie ma to jak zwyrodniała wyobraźnia matki.
D. wysyłając Zośkę samolotem z Warszawy, chciała uniknąć niebezpieczeństw czyhających na nią w pociągu, nie ma to jak zwyrodniała wyobraźnia matki.
Zośka niebezpieczeństw uniknęła, ale ja niestety nie- na lotnisku w piątek zobaczyłam Nemo, leciał z Zosią tym samym samolotem, po czterech latach niewidzenia było to trudne przeżycie, tym bardziej że wygląda źle, bardzo, bardzo źle. Ech losie! Mogłeś sobie darować...
Weekend podporządkowałam dzieciom i w sumie dzięki nim chciało mi się ruszyć z domu i pojechać na baseny termalne do Bukowiny. Warto było wlec się dwie godziny "zakopianką"!
Wyobraźcie sobie podświetloną na turkusowo ciepłą wodę, unoszącą się parę zacierającą kontury, magiczne, przyćmione światło lamp... Tego trzeba mi było na skołataną smutkami duszę.
Leżałam na wodzie pod gołym niebem, patrzyłam na księżyc i gwiazdy, czułam się taka lekka i szczęśliwa, spokojna i wolna od niszczących mnie codziennych, zimnych myśli.
Zostałyśmy do zamknięcia basenów, wieczorem prawie nie ma ludzi i dzięki temu naprawdę można się zrelaksować, bez dzikich wrzasków i kolejek do masaży, mieć dla siebie kilka ciepłych godzin.
Wracałam do Krakowa przed północą pustą już drogą, dzieci padły i spały, cicha muzyka, spokój i sms od Chustki-: "Zobacz u mnie na komentarze".
Dojechałam, zobaczyłam, przeczytałam.
Wracałam do Krakowa przed północą pustą już drogą, dzieci padły i spały, cicha muzyka, spokój i sms od Chustki-: "Zobacz u mnie na komentarze".
Dojechałam, zobaczyłam, przeczytałam.
I cały mój relaks trafił szlag.
Nie jestem w stanie pojąć ogromu ludzkiej podłości, małości, świństw i ohydy i choć mam z tym do czynienia na co dzień, to jednak jakoś łatwiej mi zrozumieć motywy działania pospolitego przestępcy niż blogowej hołoty.
Nie jestem w stanie pojąć ogromu ludzkiej podłości, małości, świństw i ohydy i choć mam z tym do czynienia na co dzień, to jednak jakoś łatwiej mi zrozumieć motywy działania pospolitego przestępcy niż blogowej hołoty.
Nie jestem też w stanie zmilczeć i siedzieć cicho.
Współczuję Joannie, bardzo współczuję.
Li.
czwartek, 26 stycznia 2012
Google wchłania i oddaje.
Zaglądam czasem w bebechy bloga i czytam hasła po wpisaniu których ludzie trafiają na "Niedyskrety".
Nie do wiary jakimi pokrętnymi ścieżkami prowadzą do mnie drogi wyszukiwarek.
Nie do wiary jakimi pokrętnymi ścieżkami prowadzą do mnie drogi wyszukiwarek.
Czy wiecie, że jak wrzucicie w Google grafikę hasło "lampy łazienkowe nad lustrem", albo "półki z regipsów" to pojawiają się zdjęcia m.in. mojego mieszkania?
Tak pewnie trafił pewien biedaczyna- szukał instrukcji jak zrobić półkę, a znalazł moje wynu-li-rzenia.
Wielka musiała być jego frustracja, skoro zostawił komentarz:
Wielka musiała być jego frustracja, skoro zostawił komentarz:
Macie pojebane rodziny, same jesteście pojebane, płodzicie i wychowujecie pojebane dzieci, wybierając na ojców swojego potomstwa pojebanych samców. Ja to rozumiem, ale dlaczego narażacie normalnych ludzi, żeby przypadkiem czytali o tym pojebaństwie? Ile wy kurwa macie lat? Wieczne jedenastolatki emocjonalne. Powinno się was sterylizować, żeby geny pojebaństwa nie były przekazywane w przyszłość. – dotyczy posta: Leniwy wtorek to mniejszy potworek.
Jest mi go naprawdę żal, spory kawałek bloga musiał przeczytać, zanim pękł.
Z drugiej strony istnieje możliwość, że to on wrzucił w wyszukiwarkę inne, intrygujące (?) hasło: "wypięte pupcie" i wyszło mu TO. Tym bardziej można zrozumieć jego rozczarowanie, ostatecznie wypięte pupcie pomidorków rzadko budzą chuć i pożądanie, ale brak tych poszukiwanych pupci właściwych może wywołać atak rozczarowanej furii....:D
Z drugiej strony istnieje możliwość, że to on wrzucił w wyszukiwarkę inne, intrygujące (?) hasło: "wypięte pupcie" i wyszło mu TO. Tym bardziej można zrozumieć jego rozczarowanie, ostatecznie wypięte pupcie pomidorków rzadko budzą chuć i pożądanie, ale brak tych poszukiwanych pupci właściwych może wywołać atak rozczarowanej furii....:D
Pożałujecie?
Pożałujemy!
:)
Li.
środa, 25 stycznia 2012
Kanapowe szczęście.
Jakbym nie patrzyła za okno, to ciemność widzę, ciemność.
Dzienna ciemność przygnębia, odstraszają ją tylko wszystkie zapalone lampy w moim salonie i kilka doniczek z hiacyntami na parapecie.
Dzienna ciemność przygnębia, odstraszają ją tylko wszystkie zapalone lampy w moim salonie i kilka doniczek z hiacyntami na parapecie.
Chce mi się być w domu jak najwięcej.
Od pewnego czasu więcej koncepcyjnie pracuję tutaj, ostatecznie pisać pozwy i pisma mogę nawet w pociągu, gotuję obiady, sprzątam, głaszczę zwierzaki, odbieram telefony, wpadają znajomi na południowe kawy, wiadomo, że wychodzę w sprawach koniecznych, albo dla przyjemności,
ale tylko wtedy gdy ta przyjemność zdecydowanie przewyższa domową przyjemność wylegiwania się na własnej kanapie i picia kawy z kubka z anielskim skrzydłem (prezent gwiazdkowy od Karoliny, śliczny prawda?).
ale tylko wtedy gdy ta przyjemność zdecydowanie przewyższa domową przyjemność wylegiwania się na własnej kanapie i picia kawy z kubka z anielskim skrzydłem (prezent gwiazdkowy od Karoliny, śliczny prawda?).
Widocznie nadeszła era domatorstwa, po latach tułaczki mam swoje miejsce na ziemi, które ubóstwiam
i chcę w nim żyć.
I nareszcie mogę się nacieszyć tym, że w sypialni powiesiłam zasłony!
i chcę w nim żyć.
I nareszcie mogę się nacieszyć tym, że w sypialni powiesiłam zasłony!
Ech, a jak przyjdzie wiosna, to posadzę na tarasie nowe kwiaty, kupię sobie stół i wtedy to już naprawdę nie wiem, jaka siła mnie stąd ruszy...
Póki co ruszają mnie ferie i konieczność wyjazdu z Krakowa, córki mi tego nie podarują.
Plany mam zuchwałe, acz do końca nie sprecyzowane, może kilka dni w Pradze, a stamtąd wypad na dzień do Czeskiego Krumlova. Chciałabym pokazać dzieciom to niezwykle urokliwe miasteczko, gdzie czas stanął w miejscu, a romantyczność bije z każdego zaułka.
I koniecznie chcemy pojechać choć na dwa dni na narty, chyba znowu zapomniałam jak się jeździ! Niekończąca się to historia, co nowy sezon konieczny mi instruktor, pług, wywrotka, strach, a potem...fiuuuu i wiatr we włosach na niebieskiej trasie, cha cha...:)
No cóż, pewnych rzeczy nie przeskoczę, nie ma co nawet próbować, ale za to moje dziewczyny talent do nart mają po tatusiu. I dzięki mu za to!
Li.
Plany mam zuchwałe, acz do końca nie sprecyzowane, może kilka dni w Pradze, a stamtąd wypad na dzień do Czeskiego Krumlova. Chciałabym pokazać dzieciom to niezwykle urokliwe miasteczko, gdzie czas stanął w miejscu, a romantyczność bije z każdego zaułka.
I koniecznie chcemy pojechać choć na dwa dni na narty, chyba znowu zapomniałam jak się jeździ! Niekończąca się to historia, co nowy sezon konieczny mi instruktor, pług, wywrotka, strach, a potem...fiuuuu i wiatr we włosach na niebieskiej trasie, cha cha...:)
No cóż, pewnych rzeczy nie przeskoczę, nie ma co nawet próbować, ale za to moje dziewczyny talent do nart mają po tatusiu. I dzięki mu za to!
Li.
Zawsze może być gorzej!
Kilka dni temu wracam wieczorem do domu, a tam głucho wszędzie, ciemno wszędzie... nie świecą się wszystkie generujące wysokie rachunki lampy, nie gra muzyka z trzech źródeł, nie szumią cicho trzy laptopy...
I pies jakiś skulony na kanapie i koty nieswoje.
Na moim łóżku leży pod pledem nieruchomy kształt, z ulgą stwierdzam, że to tylko moja młodsza córka- ciepła i różowa, znaczy się- żyje. Pytam o Karolcię, dziecko mówię, że jej nie ma, ale zostawiła mi wiadomość na monitorze...
Czytam:
Kochana Mamo!
Gdy będziesz czytać te słowa, to ja będę już daleko.
Ostatnio zdarzyły się w moim życiu rzeczy, o których Ci nie powiedziałam. Pamiętasz, że trochę przytyłam i ciągle jadłam kiszone ogórki? (pamiętam do diaska, kupowałam je workami!). To dlatego, że jestem w ciąży. Ja i mój arabski chłopak Mohamed (nie bój się, on jest inny niż inni Arabowie, pomagał nam szukać w Tunezji iPhona) jedziemy do Albanii, by tam zrobić aborcję, zadzwonię do Ciebie jak już będzie po, o ile będę mieć zasięg, bo to podobno jakaś mała wioska w górach, gdzie trudno trafić i trzeba iść na nogach kilka kilometrów. Będziemy po drodze palić duże ilości marihuany, żeby utrzymać się przy życiu.
Postaram się szybko wrócić, nie martw się. Mohamed ma pomysł wyjazdu do Tunezji, żeby poznać jego rodziców. Może spróbujemy się tam dostać z Albanii przez Włochy. Łodzią, albo kajakiem.
Nic się nie martw, kocham Cię
Twoja córka Karolina!
PS. Sama widzisz co mogłoby się dziać!
A tak, to mam tylko jedynkę z chemii, pamiętaj, że to nic nie znaczy, poprawię się w drugim semestrze.
Niestety, zaczęłam śmiać się już po drugim zdaniu, ale to prawda- zawsze mogło być gorzej, więc nie mam wyjścia- muszę cieszyć się z faktu, że moja inteligentna, zdolna i leniwa córka ma jedynkę z chemii, a nie walczy z falami Morza Śródziemnego w drodze do Tunezji.
Po długiej rozmowie z panem od religii postanowiłam nie wypisywać młodszej z nauki religii. Katecheta ma zmienić do Guśki stosunek, chyba zrozumiał swój błąd, a ja nie chcę, by za łatwo przychodziła jej rezygnacja z rzeczy, których nie lubi.
Pomęczy się do czerwca, niech ma czyściec za życia.
Wróciłam i już nie będę odchodzić.
Choć oczywiście miodem na moje poranione serce były Wasze komentarze i maile, och!
Komentarze pozostaną moderowane, co ciekawe- odkąd napisałam, że zamykam bloga nie dostałam ani jednego niemiłego komentarza, cud- prawdziwy cud!
Choć oczywiście miodem na moje poranione serce były Wasze komentarze i maile, och!
Komentarze pozostaną moderowane, co ciekawe- odkąd napisałam, że zamykam bloga nie dostałam ani jednego niemiłego komentarza, cud- prawdziwy cud!
Miłego dla Was!
Li.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Dzień dobry!
Jestem zwyczajnie wzruszona mailami i komentarzami.
Niektóre maile były tak intymne i porywające, że aż dławi mnie w gardle.
Nie przypuszczałam... nie przypuszczałam!
Przemyślę więc sprawę mojego dalszego pisania, ostatecznie horoskop dla Skorpiona zakazał podejmowania mi decyzji pod wpływem nieokiełznanych impulsów. A gwiazd trzeba słuuuuchać...:)
Miłego dla Was!
Li.
PS. Postaram się odpisać przynajmniej na większość maili, bagatela-ponad siedemdziesiąt! Szok:)
PS. Postaram się odpisać przynajmniej na większość maili, bagatela-ponad siedemdziesiąt! Szok:)
piątek, 20 stycznia 2012
Obwieszczenie parafialne.
Zamykam bloga. Przynajmniej na razie.
Od dłuższego już czasu nie mam światu nic ciekawego do powiedzenia, a czytanie wstrętnych komentarzy nie jest moim hobby.
Coś co miało być radością i jednocześnie sposobem na smutki, nagle stało się źródłem przykrości, wkurwiania się i marnowania czasu.
Chamstwa i prostactwa organicznie nie znoszę. Trudno mi też położyć na szali wszystkie przyjazne mi dusze z tymi nieprzyjaznymi, niby dobro zawsze zwycięża zło, ale mnie nie chce się już dłużej walczyć.
Do miłego!
Li.
środa, 18 stycznia 2012
Rozważania okołoblogowe.
Jak bociany na wiosnę ciągle wraca do mnie to samo pytanie: po co mi ten blog?
Bo przecież nie po to, by czytające mnie koleżanki mojej Mamy (tja...) dzwoniły do Niej z troską o mnie i moje dzieci- a bo napisałam o imprezie Karolci i o rzyganiu (nawiasem mówiąc, nie pisałam nic o rzyganiu, a jedynie przytoczyłam fragment napisanego szminką na lustrze regulaminu porządkowego imprezy: "rzygać do sedesu, a nie do umywalki". Bardziej mnie wkurzyła ta szminka na stuletnim lustrze.), a może tam są narkotyki, a może to, a może sio.
(Dziwnie jest być traktowaną ciągle jak mała dziewczynka, którą można pouczać i strofować).
Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzają się forsowane w czasach naszych Rodziców modele macierzyństwa, zwłaszcza system nakazów i zakazów- inna sprawa, że nie sprawdzał się on też i w tamtych czasach, przynajmniej na mnie, do dziś czuję się jego ofiarą, wracającą z imprezy sylwestrowej o dziewiątej wieczorem, przed dwunastą w nocy rzecz jasna. Bo tak i nie było odwołania.
Idiotyczne i bezpodstawne zakazy prowadzą do kłamstwa i kombinatorstwa- och, każde wakacje spędzałam na "obozie harcerskim", będącym naprawdę swobodną włóczęgą z kolegami po Bieszczadach. Wyjeżdżałam na "rajdy" w góry, spędzane cudownie na nizinach, wychodziłam do koleżanki na "wspólną naukę" i randkowałam zawzięcie w ciemnych miejscach paczkowskich Plant. Ależ to były czasy...
Byłam wiecznie kontrolowana, a i tak udawało mi się wyrwać na wolność.
I co? Żyję, w ciążę w wieku 16 lat nie zaszłam, jestem za to samodzielna i zdolna do działania w ekstremalnych warunkach, prawie jak MacGywer.
Musiałam wypracować sobie nowy model rodzicielstwa, mocno osadzony na zaufaniu, rozmowach i wierze, że nauka nie idzie w las, oraz na obserwacjach i poznaniu kręgów znajomych córek, a to są naprawdę fajne dzieciaki.
Mam zaufanie do swojej starszej córki, to rozsądna, bardzo inteligentna istota. Wiadomo, że ciągle jest jeszcze gapą (wieczne zapominanie kluczy, ech...), w sprawach domowych leniem do kwadratu, ale wiadomo też, że nie zginie jak ciotka w Czechach, bo myśli, rozważa różne możliwości i wie, że o każdej sprawie może mi powiedzieć.
O tym, że parę razy z ciekawości paliła skręta- też.
Ale nauka i przykład matki jednak nie idzie w las, większość jej koleżanek przepala urodę i szare komórki, ona nie pali i nie znosi papierosów.
Nie upija się, nie kłamie, nie znika z domu w niewiadomym kierunku i zawsze stara się odebrać ode mnie telefon.
A ponieważ sama doskonale pamiętam czasy swojej burzliwej młodości, to moja tolerancja dla jej poczynań jest ogromna i dopóki nic nie obudzi mojego niepokoju, pozwalam jej na szaleństwa młodości, bo i tak są one zaledwie ułamkiem tego co wyprawiałam ja.
I dlatego, dlatego bardzo proszę- nie denerwujcie mojej Mamy dyskusjami na mój temat i temat moich dzieci. Ja z moich córek jestem bardzo dumna, bardzo je kocham i nie mam zamiaru być dla nich matką nadzorcą. A że Karolcia przyniosła na semestr jedynkę z chemii?
Też miałam.
I też w drugiej klasie liceum.
Też miałam.
I też w drugiej klasie liceum.
Genów nie oszukasz.
:)
Li.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Niespodzianka z fast foodem w tle.
Czasem mam chwilowe przebłyski geniuszu, dzięki którym poprawiam swój marny los.
Błysnęło mi dziś rano i przed wyjazdem do Sądu do Opola postanowiłam tam zadzwonić z niewinnym pytaniem, czy wyznaczona kilka tygodni temu na dzień dzisiejszy rozprawa odbędzie się planowo- moje długoletnie doświadczenie nauczyło mnie jednego - im dalej od Krakowa, im bardziej męcząca podróż, tym większe prawdopodobieństwo, że Sąd spotka plaga szerszeni, sędzia nagle zachoruje, ktoś zadzwoni z informacją o bombie, albo po prostu ot, tak.
Ale rześki głos pani sekretarki nie widział przeciwwskazań do mojego przyjazdu, ruszyłam więc z pieśnią Stinga na ustach CD i nadzieją na sukces.
Rozprawa nie odbyła się z powodów od Sądu niezależnych, a będących wyłącznie nędzną sprawką mojego przeciwnika procesowego, usiłującego tym nikczemnym sposobem odroczyć nieuchronną dla niego klęskę.
Nie zdziwiłam się więc specjalnie, wiadomo że w życiu mam pecha.
Ale byłam zła, oj zła. Bardzo, bardzo zła.
Tak zła, że jeszcze dłuuuugo za Opolem nadawałam koleżance vulgaris_aurorze do telefonu o moim nieszczęściu, bo jazda po autostradzie w padającym śniegu szczęściem wszak nie jest.
W pewnym momencie zamajaczył mi za brudną szybą auta, długo już pozbawioną przyjemności pieszczoty płynem do spryskiwacza- szyld KFC.
Zapragnęłam ukojenia w postaci kawy i ciągle gadając zaparkowałam, kątem oka rejestrując parkującego obok Lexusa, a tylko dlatego, że zwrócił moją uwagę nadmiernie ekspresyjny facet w środku- uśmiechał się, puszczał oko, machał, robił wokół siebie dużo ruchu skierowanego w moim kierunku.
Zdążyłam aurorze przekazać, że atakuje mnie jakiś maniak, że jestem na parkingu pod KFC między Opolem a Gliwicami, jakby co ma wezwać Policję (a facet już pukał w okienko), gdy... z bliska wydał mi się podejrzanie i trochę jakby znajomy, wysiadłam i ... zanim zaczęłam krzyczeć i kopać go w miejsca wrażliwe, wpadłam mu w ramiona.
Zapragnęłam ukojenia w postaci kawy i ciągle gadając zaparkowałam, kątem oka rejestrując parkującego obok Lexusa, a tylko dlatego, że zwrócił moją uwagę nadmiernie ekspresyjny facet w środku- uśmiechał się, puszczał oko, machał, robił wokół siebie dużo ruchu skierowanego w moim kierunku.
Zdążyłam aurorze przekazać, że atakuje mnie jakiś maniak, że jestem na parkingu pod KFC między Opolem a Gliwicami, jakby co ma wezwać Policję (a facet już pukał w okienko), gdy... z bliska wydał mi się podejrzanie i trochę jakby znajomy, wysiadłam i ... zanim zaczęłam krzyczeć i kopać go w miejsca wrażliwe, wpadłam mu w ramiona.
Jaką frajdą jest spotkanie nie widzianego trzynaście lat dawnego kolegi z LO.
Zmienił się, ale to nieistotne- istotniejsze wszak jest to, że według niego nie zmieniłam się ja, co oczywiście niezwykle pogłaskało moją próżność, wypychając moje zmarszczki do góry i jakoś w zapomnienie spychając żałosny pierwotny sądowy powód mojej wizyty w KFC.
Zmienił się, ale to nieistotne- istotniejsze wszak jest to, że według niego nie zmieniłam się ja, co oczywiście niezwykle pogłaskało moją próżność, wypychając moje zmarszczki do góry i jakoś w zapomnienie spychając żałosny pierwotny sądowy powód mojej wizyty w KFC.
Spędziliśmy na kawie i gliniastej bule z grilowanym kurczakiem przemiłą godzinę.
Gadka-szmatka, mnóstwo tematów, wymiana telefonów, umówienie się na wieczór w Krakowie, celem obejrzenia tego co udało mi się zrobić z zapyziałego strychu, wieczorne obejrzenie, ach, ach, och, och, pękałam z dumy, niech pierwszy rzuci cegłą z zaprawą ten, kto nie lubi być chwalony, spieprzony dzień zakończył się słodko i...
... i czy nie są to igraszki losu?
Mieszkamy 300 km od siebie, nie widzieliśmy się 13-cie lat, żadne z nas nie lubi KFC, każdego tknął impuls, by właśnie tam zjechać z autostrady, zaparkowaliśmy auta obok siebie w tym samym momencie, on myślał o kupnie strychu w Krakowie, ale nie miał pojęcia jak się do tego zabrać, spotkał mnie, pogadaliśmy i teraz już wie!
A byliśmy tylko pionkami w grze szczegółowo zaplanowanej przez los.
A byliśmy tylko pionkami w grze szczegółowo zaplanowanej przez los.
Li.
sobota, 14 stycznia 2012
Pochwała lenistwa, czyli samo-usprawiedliwienie.
Mijają moje noce i dni, kolejna sobota, ale nie będę liczyć która to sobota życia za mną, wolę liczyć na to, że jeszcze wiele sobót przede mną.
Trudno jednak intensywnie przeżywać każdą godzinę tak, jakby miała być godziną ostatnią.
Marnotrawienie czasu na działanie nic-nie-robieniem jest spędzaniem czasu przyjemnie i leniwie.
Tak jak teraz, gdy siedzę na dole sama z kubkiem gęstej od ingrediencji herbaty, dzieci na górze ciągle śpią, bo w soboty mogą spać ile im się tylko podoba, odkurzacz też jeszcze śpi, bo nie będę przecież buczeć im pod drzwiami, w związku z czym koty z moich kotów też śpią, śnieg pada w sposób absolutnie zachwycający, muszę jakoś odziać się i wyskoczyć na Kleparz po zakupy, ale tak bardzo mi się nie chce... Świadomość, że nie muszę się zmuszać jest jednak cudowna.
Wczoraj rodzinnie poszłyśmy do kina na Sherlocka, klasyka gatunku, jak ktoś lubi, to niech idzie. Ja lubię.
A jak do tego ogląda się błysk w oku Roberta, to mhmmm... mniam, mniam.
Za dwadzieścia druga, czas zacząć dzień powstaniem z kanapy.
Po pierwsze kawa, po drugie spokojne jej wypicie, po trzecie zastanowienie się na kolejnymi czynnościami, czyli w tym celu znowu muszę usiąść na kanapie...
Uwielbiam wolne soboty!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
